O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
Hollywoodland

Hollywoodland. Reżyseria Allen Coulter.  W rolach głównych: Adrien Brody, Ben Affleck, Diane Lane, Bob Hoskins.  

Mówią, że nieszczęścia chodzą parami. „Hollywoodland” i „Czarna Dalia” weszły do kin w Stanach w jednym czasie. Dwa filmy utrzymane w tej samej konkwencji filmu noir, z gwiazdorską obsadą, oba rozgrywające się w Hollywood i Los Angeles niedługo po II wojnie światowej. Tym razem okazało się, że nieszcześcia jednak nie chodzą razem, a Hollywoodland okazał się filmem lepszym z tej dwójki, choć w życiu bym nie przypuszczała, że o produkcji, w której grał Ben Affleck powiem, że mi się podobała.

Tłem filmu są autentyczne wydarzenia, gdy George Reeves (Affleck), popularny aktor grający Supermana w pierwszej telewizyjnej serii o superbohaterze, zostaje znaleziony we własnym domu z mózgiem na ścianie. Policja umywa ręce i szybko stwierdza, że śmierć nastąpiła w wyniku samobójstwa, co potwierdza narzeczona Reevesa oraz jego przyjaciele, którzy akurat byli w domu, gdy aktor popełnił samobójstwo. I wszystko zapewne rozeszłoby się po kościach, gdyby nie Louis Simo (świetny Adrien Brody). Ów były policjant, a obecnie prywatny detektyw, przejmuje dochodzenie w sprawie samobójstwa Reevesa. Nie łudźmy się, że robi to ze szlachetnych pobudek. Choć jego kilkuletni syn rozpacza po śmierci ulubionego bohatera telewizyjnego, to nie miłość ojcowska kieruje Louisem.

Simo zostaje porównany do ryby żyjącej na samym dnie, która babrze się w ludzkim bagnie i mule (w oryginale „catfish”). Żyje z tropienia niewiernych żon na zlecenie niezrównoważonych mężów, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby w kooperacji z matką Reevesa rozpętać burzę medialną, jakoby śmierć Supermana nie była samobójstwem. Mimo iż intencje Simo nie są do końca czyste, nie sposób nie lubić detektywa. Simo kombinuje, negocjuje, zakrada się, ogląda dowody rzeczowe, których nie powinien oglądać, dostaje po pysku, ot, normalna detektywistyczna robota. Brody bawił się tą rolą, przetykając ją często ironią i sarkazmem aż miło było popatrzeć.

Tymczasem sprawa śmierci Reevesa nabiera rumieńców. Simo odkrywa, że aktor miał romans z Toni Mannix (Lane), żoną szefa wytwórni filmowej MGM. To dzięki jej protekcji, George dostaje rolę Supermana. Ona kupiła mu dom, kosztowne zegarki i samochody. Dodajmy, że wszystko za przyzwoleniem męża (Hoskins), który sam ma na utrzymaniu japońską kochankę. Okazuje się również, że Reevesowi ciążyła rola Supermana, gdyż publiczność zaszufladkowała go jako superbohatera, a w czasie pokazu „Stąd do wieczności”, gdzie aktor miał niewielką rolę, pół kina krzyczało „Superman, Superman” na jego widok. Aktor był sfrustrowany, do tego doszły kłopoty z Toni, po tym, gdy poznał Leonore Lemmon, tzw. party-girl, czyli dziewczynę do towarzystwa.

Film nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, jak naprawdę zginał Reeves i chyba tak naprawdę nie o to chodziło, aby to wyjaśnić. Śmierć aktora była pretekstem do pokazania jak bezlitosne jest Hollywood. Ilu takich Reevesów pracuje w show biznesie, zaszufladkowanych, bez szans na coś lepszego i ambitniejszego. Oni, podobnie jak detektyw Simo, żyją na samym dnie hollywoodzkiej piramidy, łapiąc marne kąski rzucane przez tych z góry, licząc że może kiedyś trafi się im coś lepszego niż role Supermanów, czy statystowanie w filmach kategorii „B”. De Niro w „Prawie Bronxu” mówił swojemu synowi, że nie ma gorszej rzeczy niż zmarnowany talent. A Hollywood jest ich pełne.

Na koniec wracam do Afflecka. Let’s be honest – aktor z niego beznadziejny. W filmie Coultera zagrał naprawdę dobrze i przekonywująco. Brody i on byli najlepsi z całej obsady „Hollywoodlandu”, a film podobał mi się bardziej niż konkurencyjna „Czarna dalia”.

poniedziałek, 21 maja 2007, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2007/05/23 00:43:41
No to jak juz wiem o co biega wtym filmie nie musze go ogladac...dzieki
-
2007/05/23 03:32:20
Moze mnie troche ponioslo.