O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
Annie Hall

Annie Hall. Reżyseria Woody Allen. W rolach głównych: Woody Allen i Diane Keaton.

O Woodym Allenie jest ostatnio dość głośno, głównie za sprawą jego dwóch ostatnich filmów „Match point” i „Scoop”, w których obsadził swoją nową muzę Scarlett Johansson. „Match point” uważam za jeden z jego lepszych filmów, a „Scoopa” jeszcze nie widziałam. Na razie wzięłam się za oglądanie starszych filmów Allena, które wprawdzie widziałam, ale było to tak dawno temu, a ja tak młoda, że śmiem wątpić, abym cokolwiek z nich zrozumiała.

Na pierwszy ogień poszła więc „Annie Hall” - produkcja, która przyniosła Allenowi cztery Oskary, w tym najważniejsze za reżyserię i dla najlepszego filmu. Po obejrzeniu „Annie Hall” wydaje mi się, że rozumiem dlaczego niektórzy tak bardzo lubią filmy Allena, ale i dlaczego dla innych są one przegadane i przeintelektualizowane. „Annie Hall” to bardzo typowa allenowska komedia. Woody pojawia się już na początku filmu w swojej firmowej roli – znerwicowanego, ogarniętego obsesją śmierci mieszkańca Manhattanu, z którym właśnie zerwała dziewczyna, tytułowa Annie Hall (Diane Keaton). Od pierwszych minut wiemy, że mamy do czynienia z neurastenicznym osobnikiem zagubionym we własnym świecie, bez powodzenia poszukującym miłości.

Woody, czyli Alvy Singer jest dwukrotnie rozwiedzionym komikiem. Wychowany w proletariackiej rodzinie, ogarnięty jest nie tylko wspomnianą już manią śmierci, ale także przeświadczeniem, że wszyscy wokoło są antysemitami. Annie dla odmiany pochodzi z tzw. dobrego domu i chce zostać aktorką, na początek dorabiając śpiewaniem w klubach. Bohaterowie poznają się podczas partii tenisa i szybko zostają parą. Związek przechodzi typowe „ups and downs” – od obopólnej fascynacji, poprzez znużenie, brak zrozumienia, aż w końcu do rozstania.

No i co w tym odkrywczego? Ano niewiele (tu punkt dla tych, których film znudził), poza oczywiście tym, że całość podprawiona jest allenowskim smaczkami (tu coś dla wielbicieli). Wydaje mi się, że oglądając filmy Allena trzeba zgodzić się na przyjętą przez niego konwencję, czyli np. bezpośredni dialog z widzem, jak choćby wtedy, gdy Annie zamiast „life” mówi „wife”, a Allen odwraca się do kamery i mówi „no przecież słyszeliście, że powiedziała „wife”, w końcu tu jesteście”.  Do tego dochodzą wewnętrzne monologi bohaterów, które ukazują, jak bardzo Annie i Alvy próbują sobie zaimponować oraz jak różnią się w postrzeganiu świata oraz własnego związku. Oboje szukają miłości i akceptacji, ale choć mimo iż wiedzą, że są stworzeni dla siebie, bronią się przed tym, co najprostsze i autentyczne.

Historia związku Alvego i Annie pokazana została przez pryzmat krótkich, komicznych scen. Zamiast ciągnąć opowieść o rozpadzie związku od początku do końca, reżyser pociął historię na małe fragmenty, z których każdy jest perełką. Nietrudno o to, gdy Diane Keaton gra być może rolę swojego życia, nagrodzoną Oskarem, a sam Allen reżyseruje jeden ze swoich najsłynniejszych filmów. Wolę go z lat 90. – ze „Strzałów na Broadwayu”, „Drobnych cwaniaczków”, „Wszyscy mówią kocham Cię” czy „Klątwy Skorpiona”, kiedy porzucił nieco swój neurotyczny nastrój, a filmy stały się lżejsze i nie tak analityczne, jak dokonania z lat wcześniejszych. Jednak trudno nie docenić go za wypracowanie własnego stylu, slapstickowe żarty i stworzenie portretu wspólczesnego człowieka, zaplątanego w sieć ulic wielkiego miasta i własnych uczuć.

Next na tapecie: „Manhattan”.

wtorek, 08 maja 2007, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2007/05/12 10:31:33
Wspaniały, błyskotliwy, inteligentny, zabawny, prawdziwy... I mógłbym tak długo.Wspaniałe u Allena jest to, że ukazując siebie jako zlepek sprzeczności (neurotyk, frustrat, ale też i pożądający uznania narcyz, a czasami nawet bufon) nie traci dystansu do całej swojej osoby. Komu chce, wbija złośliwą i najczęściej bardzo celna szpilkę uszczypliwości, ale nie zapomina zrobić tego także sobie. Utożsamia się z nowojorską inteligencją, jednocześnie drwi sobie z niej.
A poza tym ilu jest przecież facetów, twierdzących, że miłość do kobiety to ich jedyna droga realizacji, a kiedy przyjdzie co do czego, to okazują się małymi, wpatrzonymi w siebie chłopcami ;D
Allen tę może nie do końca wesołą sytuację oblewa potężną dawką błyskotliwego i wysublimowanego humoru.
Pozdrawiam