O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
Pół żartem, pół serio

„Pół żartem, pół serio” („Some like it hot”). Reżyseria Billy Wilder. W rolach głównych: Jack Lemmon, Tony Curtis i Marilyn Monroe.

Kończy się jednym z najlepszych cytatów w historii kina („I’m a man! Well, nobody’s perfect.”), a zaczyna od walentynkowej strzelaniny w Chicago, która dla całego filmu ma kluczowe znaczenie. Klasyk Billego Wildera, do którego wzdychała Mariola Wafelek w „Pociągu do Hollywood” umocnił pozycję nieśmiertelnej Marilyn Monroe jako seksbomby i mega gwiazdy kina lat 50. i stał się jedną z najpopularniejszych komedii w historii kina.

Joe i Jerry, dwaj muzycy są świadkami strzelaniny 14 lutego 1929 w garażu przy 2122 North Clark St, kiedy to gang Ala Capone, (nie)sławnego chicagowskiego gangstera z czasów prohibicji wystrzelał konkurencyjny gang Georga Morana. Panowie, chcąc niechcąc zostają zamieszani w zdarzenie i muszą wiać z Wietrznego Miasta, aby ocalić skórę. Będąc raczej bez grosza przy duszy próbują zaczepić się do pracy w swoim zawodzie, ale okazuje się, że do grania na saksofonie i kontrabasie potrzebne są tylko panie. Na takie dictum, Joe i Jerry przechodzą, jakbyśmy to dziś powiedzieli, makeover i jako Daphne oraz Josephine dostają pracę w damskiej orkiestrze jadącej na Florydę. Gdy poznają gwiazdę zespołu Sugar Kane Kowlaczyk (Monroe), zakochują się w niej na zabój. Reszta akcji toczy się na Florydzie, gdzie w końcu dociera ścigający panów Spats Columbo i gdzie następuje finał. Chicago ma więc niewielki, ale istotny udział w filmie. Niestety, miasta w filmie chyba nie ma (widziałam dawno, więc już nie pamiętam dokładnie). Wątpliwe jest, że ekipa w ogóle cokolwiek nakręciła w Chicago. Ale jak widać Al Capone zainspirował twórców, a że jest to postać z krwi i kości chicagowska, to i film dodaję do kategorii „Filmy z Chicago”.  

Wedle Wikipedii, „Pół żartem, pół serio” zostało uznane przez Amerykański Instytut Filmowy za komedię wszechczasów. Co ciekawsze, drugie miejsce zajęła „Tootsie” z Dustinem Hoffmanem w roli aktora udającego aktorkę opery mydlanej. Nie wiem, kto tam zasiada w tym Instytucie, ale sprawa jest podejrzana ;-) Film został opatrzony rankingiem „C” (od „condemned” – potępiony), ale był gwoździem do trumny słynnego kodeksu Haysa, regulującego w najdrobniejszych szczegółach  co można, a czego nie można pokazać na ekranie. Do opowiedzenia paru plotek na temat udziału platynowej blondynki w filmie zapraszam jgn, specjalistkę w temacie.

piątek, 20 kwietnia 2007, aniabuzuk

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: