O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
Gorączka sobotniej nocy

“Gorączka sobotniej nocy”. Reżyseria John Badham. W rolach głównych: John Travolta, Karen Lynn Gorney, Barry Miller.

Nie wiem, czy istnieje bardziej kiczowaty (Amerykanie by powiedzieli „cheesy”) film muzyczny. Chyba tylko „Grease” z tym samym Johnem Travoltą w roli głównej może się równać z eunuchowatymi głosami Bee Gees w tle, Travoltą wykonującym swój słynny taniec „rączka w górę, rączka w dół, krocze wprzód” i oprawą a’la disco lat siedemdziesiątych. Film uczynił z Travolty gwiazdę, a i Bee Geesom na pewno pomógł w karierze. Dziś ogląda się go z więcej niż przymrużeniem oka, choć uczciwie muszę przyznać, że przy piosenkach z tego filmu bardzo chętnie pląsam na parkiecie do tej pory, a John Travolta kiedyś bardzo mi się podobał. Grzechy młodości.

Film obchodzi swoje trzydziestolecie, stąd zapewne ACM TV odkopała tego dinozaura i pokazała w niedzielną (cóż za niedopatrzenie) noc. „Gorączka sobotniej nocy” zaczyna się od kultowej sceny, gdy Tony Manero (Travolta) oglądając się za pannami przemierza ulice Nowego Jorku w rytm „Staurday Night Fever”. Buty na obcasie, wąskie spodnie, poliestrowa koszulka i fryzura na pół Afro. Tony pracuje w sklepie z farbami, mieszka ze swoją włoską rodziną i marzy, aby wygrać doroczny konkurs tańca w dyskotece 2001 Oddyssey. Ma niezbyt rozgarniętych kolegów, których najczęstszymi rozrywkami jest sex z przygodnie poznanymi paniami, łażenie po nowojorskich mostach i LSD. Tony znajduje partnerkę do konkursu, ale podczas jednej z nocy w Odysei przyuważa nieznajomą, która na parkiecie wywija niezgorzej niż on sam. Porzuca więc dotychczasową dziewczynę i proponuje współpracę Stephanii. Mentalnie dzieli ich przepaść – on je jak świnia z pełnymi ustami i nie ma pojęcia kto to jest Lawrence Olivier, ona pija herbatę z cytryną zamiast pospolitej kawy i obraca się w wielkim świecie. Na parkiecie jednak te różnice nie mają znaczenia i taneczna współpraca układa się im całkiem dobrze.

Tak naprawdę fabuła ma drugorzędne znaczenie. Może gdy film był nowością było to istotne, ale z dzisiejszego punktu widzenia liczy się tylko (przynajmniej dla mnie), aby popatrzeć sobie, jak Travolta wywija na parkiecie i jaki z niego był kiepski aktor 30 lat temu. Dialogi w jego wykonaniu są drewaniane niczym podłoga w moim domu, ale i ich autor nie napracował się nad nimi zbytnio. Zaskoczeniem filmu jest zakończenie, nie cukierkowe i naiwne, jakby się można było spodziewać, ale i nieco dramatyczne i trochę umoralniające, gdy nieoczekiwana śmierć przyjaciela powoduje, że Tony rozumie, że raniąc ludzi, sam może zostać zraniony. Zabrzmiało poważnie, ale nie oszukujmy się – to przecież tylko „Gorączka sobotniej nocy”, a nie kolejna ekranizacja „Dziesięciu przykazań”. Film żyje swoim życiem, a legenda nie umiera – Madonna w trakcie swojej ostatniej trasy koncertowej miała na sobie biały garnitur i odstawiła na scenie dokładnie tę samą sekwencję z filmu, którą możecie obejrzeć poniżej. Tony Manero wymiata.

wtorek, 17 kwietnia 2007, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
hjuston
2007/04/18 05:02:09
tez tak umiem
-
2007/04/18 18:45:19
Sprawdzimy za miesiac.