O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
Fracture

„Fracture” (w Polsce od 3 sierpnia). Reżyseria Gregory Hoblit. W rolach głównych: Anthony Hopkins i Ryan Gosling.

Amerykanie uwielbiają dramaty dziejące się na sali sądowej. Z reguły towarzyszą im wielkie emocje, krzyżowy ogień pytań, dowody wyciągnięte z rękawa w ostatniej chwili, kłamliwi świadkowie, wredni prokuratorzy i szlachetni adwokaci broniący niewinnych w majestacie prawa. Był więc Frank Capra z Jimmym Stewartem jadącym do Waszyngtonu, Henry Fonda w „Dwunastu gniewnych ludzi”, a z filmów ostatnich kilkunastu lat „Ludzie honoru”, „Czas zabijania”, „JFK”, że tak bym mogła jeszcze wymieniać dramty, których kulminacją była rozprawa przed obliczem Temidy. „Fracture” jest również dramatem sądowym, do tego zrealizowanym przez Gregorego Hoblita, który upodobał sobie ten gatunek, gdyż wcześniej wyreżyserował bardzo dobry „Lęk pierwotny” z Richardem Gere i Edwardem Nortonem (więcej o tym filmie w recenzji  kolegi po fachu). Tym razem po obu stronach barykady stanęli sir Anthony Hopkins i jaśniejąca gwiazda amerykańskiego aktorstwa Ryan Gosling.

Hopkins gra Teda Crawforda, właściciela firmy aeronautycznej, zajmującej się badaniem pęknięć w kadłubach samolotów, zarówno tych, które jeszcze latają, jak i tych, które uległy wypadkom. Spokój i sielankę milionerskiego życia burzy fakt, że żona Teda ma romans z młodszym i znacznie przystojniejszym od męża mężczyzną. Crawford przeprowadza śledztwo, po czym następuje hitchockowskie trzęsienie ziemi i milioner bez zbędnych ceregieli postanawia wymierzyć żonie sprawiedliwość, strzelając jej prosto w twarz.

W międzyczasie poznajemy Willego Beachuma (Gosling), młodego i piekielnie ambitnego prokuratora w Los Angeles, który po kilku owocnych latach spędzonych na urzędowej posadzie przenosi się do prestiżowej firmy prawniczej. W przeddzień przejścia do nowej pracy, dostaje w ręce sprawę Crawforda - sprawę, która wydaje się więcej niż banalna – morderca przyznał się do winy, złożył zeznania, koniec i kropka. Willy będąc jedną nogą gotowy do wyjścia na raut w nowej firmie, bierze sprawę Crawforda i w smokingu pojawia się na wstępnej rozprawie. Milioner, ku zdumieniu wszystkich odmawia prawa do adwokata i zamierza bronić się sam, podejrzany o usiłowanie zabójstwa. O usiłowanie, a nie zabójstwo, gdyż żona przeżyła strzał i znajduje się w stanie śpiączki.

To, co następuje potem jest pełnym nieoczekiwanych zwrotów akcji pojedynkiem między młodym i żądnym wygranej prokuratorem, a starym lisem, który choć zakradł się do kurnika, nikt go z kurą w pysku nie widział. Schematycznie w większości filmów sądowych dowody rzeczowe, mające kluczowe znaczenie dla sprawy pojawiają się niczym królik z rękawa. Tymczasem we „Fracture” najważniejszego dowodu nie ma. Choć Crawford przyznał się do postrzelania żony, to mimo wielokrotnego przeszukania willi policja nie była w stanie znaleźć pistoletu, z którego postrzelił żonę. Bez narzędzia zbrodni, nie ma zbrodni. Nie mogę zdradzić zbyt dużo, gdyż popsułabym przyszłym widzom całą zabawę z odkrywania „what happens next”.

Filmy z gatunku sądowego są zwykle śmiertelnie poważne, gdyż akcja toczy się z reguły o najwyższą stawkę. „Fracture” ma zaskakująco lekką formułę i wiele komicznych momentów, będących w mojej opini znakomitym uzupełnieniem gry, jaką toczy Crawford z Beachumem. Milioner bawi się ambicją prokuratora, dobrze wiedząc, że ten nie ma żadnych dowodów i że wygrana jest po jego stronie. Beachum znajduje się między młotem a kowadłem – jeśli przegra nie będzie miał powrotu do prokuratury, ani tym bardziej do nowej firmy, a jeśli wygra, to tylko grając nieczysto.

Na początku filmu obawiałam się, że Hopkins będzie odgrywał Hanibala Lectera na bis, gdy jego twarz oświetlona trupim światłem do złudzenia przypominała zimne oblicze mordercy z „Milczenia owiec”. Na szczeście, na tym chyba polega wielkie aktorstwo, aby z roli, którą można byłoby zagrać na podobnej nucie, zrobić postać z krwi i kości. Zasługa w tym niewątpliwie również reżysera, który nie dał się wciągnąć w schematyczne prowadzenie postaci oraz schematy towarzyszące zwykle filmom z sali sądowej. „Fracture” ogląda się lekko i z przyjemnością, głównie dzięki znakomitej grze obu panów – Hopkins, wiadomo, trzyma fason, a Gosling depcze po piętach DiCaprio.

Choć „Fracture” znaczy „pęknięcie”, to w tym filmie żadnych pęknieć nie było.

poniedziałek, 30 kwietnia 2007, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2007/04/30 20:28:06
Ciekawe, ciekawe... Z Twojej recenzji wynika, że może to być bardzo ciekawy film. Dramaty sądowe są ciekawymi filmami, o ile ma się na nie pomysł. Absolutnie niedoścignionym wzorem jest "Dwunastu gniewnych ludzi".
Ale i "pęknięcie" jest. Chodzi mi o sierpniową premierę, która znając polskich dystrybutorów może się przesunąć.
Pozdrawiam
-
2007/04/30 21:06:30
O do diabla, to byloby bardzo niedobrze. Ja chyba wypozycze sobie ponownie Lek pierwotny, bo jestem ciekawa, jak teraz odebralabym ten film.
Pozdrawiam rowniez.
-
2007/04/30 22:10:11
nie ogladalam jeszcze, ale slyszalam jedna bardzo niepochlebna recenzje na "thumbs up" i troche sie zrazilam. co prawda, autor recenzji na koniec przyznal, ze nigdy wczesniej nie widzial goslinga, wiec co on moze wiedziec o kinie...
-
2007/04/30 22:23:43
Nie sluchaj go (widzialam ten odcinek) i idz do kina. Sir Anthony i mlody wilczek tworza bardzo dobry tandem. Dobra rozrywka.
-
bonlef
2007/04/30 22:47:52
Heh, może się skuszę na ten film.
Sma Anthony to już klasyka ;)
Anyway: możesz podać mi button tej strony ponieważ chce go umieścić na moim blogu?
-
2007/04/30 23:51:53
Witam Bonlef. Nie bardzo wiem, o co chodz z tym "buttonem", ale jesli masz na mysli ikonke, ktora dziala jak link, to takiej nie mam.