O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
Casino Royale

„Casino Royale”. Reżyseria Martin Campbell. W rolach głównych: Daniel Craig, Eva Green, Judi Dench i Mads Mikklesen.

Długo mnie tu nie było. Ci, którzy być może zajrzeli na mojego macierzystego bloga, wiedzą, że byłam na wielkanocnych wywczasach w kraju-raju i właśnie niedawno wróciłam. Zaległości kinowe mam takie, jakby mnie tu nie dwa tygodnie, a dwa lata nie było, więc uprasza się o chwilę cierpliwości zanim pojawią się nowej recenzje kinowe. Na razie będzie o filmach z tv, dvd i pokładu 747 lot KL611 Amsterdam-Chicago.

Do serii o Jamesie Bondzie mam dużą słabość. Może nie tak wielką, jak do „Gwiezdnych wojen” czy „Indiany Jonesa”, o trylogii Pawlakowo-Kargulowej nie wspominając, ale darzę te filmy dużą sympatią. Wiadomo, że żadnego z tych filmów nie można brać na serio. Wszystkie utrzymane są w konwencji opowieści o niezłomnym agencie Jej Królewskiej Mości, który posługując się niezapomnianymi wynalazkami genialnego Q niweczy niecne plany osobników ze złotymi pistoletami, szramami na pyskach i zębami ze stali, a używając wdzięku osobistego i czaru macho sprawia, że niewiasty o wdzięcznych przydomkach Pussy Galore czy Octopussy mdleją w jego ramionach, wydając tylko pełne namiętności westchnienia „oh, James...”. Przyznam, że najbardziej lubię stare Bondy, zwłaszcza te z Seanem Connerym, a najnowsze produkcje bawią mnie tak średnio, czego dowodem jest fakt, że Pierca Brosnana jako Bonda widziałam tylko w jednym filmie. Gdy więc zobaczyłam, że Daniel Craig będzie nowym Bondem, to jakoś w ogóle nie miałam ochoty oglądać najnowszego filmu. Gość w typie boksera z ciemnej uliczki, do tego nie umie jeździć samochodem z manualną skrzynią biegów i bodajże stracił jakieś uzębienie na planie Bonda nie wyglądał mi na twardziela, który by sobie poradził z jakimś zeszramionym świrem ani tym bardziej uwiódł dziewczynę, tak aby oddała mu swoje wdzięki.

No ale na ekranie było dużo lepiej. „Casino Royale” zabiera nas w zamierzchłe czasy, gdy Bond właśnie dostał licencję na zabijanie i słynne dwa zera z siódemką. Jest więc nasz ulubieniec trochę nieokrzesany i nie zawsze dobrze ocenia sytaucję, czego dowodem jest demolka ambasady w Ugandzie w początkowych minutach filmu. Sceny akcji, jak to w Bondzie, są przesadzone i wbrew prawom fizyki, ale w takich momentach trzeba tylko westchnąć „oh, James...” i kontynuuować seans. Bond rozpracowuje La Chiffre, tajemniczego osobnika z obowiązkową szramą na oku, który jest dłużny organizacjom terrorystycznym grubą forsę. Aby się odkuć i spłacić długi, organizuje turniej pokera o dużą stawkę, a Bond jest jednym z uczestników. Po drodze oczywiście dużo się dzieje, są dwie piękne niewiasty, z których jedna (akurat ta ładniejsza) pada trupem zaraz po tym, jak spędza noc z agentem 007. Druga okazuje się kontrolować wydatki Bonda w czasie turnieju, odbywającego się notabene w Czarnogórze, aby chłopak za bardzo nie szastał forsą i roztrwonił powierzonych mu pieniędzy. Vesper Lynd, bo tak zwie się pani księgowa, zakocha się oczywiście w Bondzie, z wzajemnością tak dużą, że świeżo upieczony agent postanowi rzucić służbę u Elki z Windsorów i prowadzić spokojny żywot u boku swojej kobiety. Co było dalej, to już proszę obejrzeć, choć do tej pory wszyscy już pewnie najnowszego Bonad widzieli i wiedzą, że z tej patowej sytuacji (Bond uwiązany do jednej baby – niemożliwe!) było tylko jedno wyjście.

Daniel Craig ze wszystkich aktorów odtwarzających tę postać jest chyba najbardziej zbliżony do pierwowzoru granego przez Connerego. Jego Bond jest silny fizycznie, trochę nieokrzesany i nawet posturą budzi więcej respektu niż fircykowaty Brosnan czy Timothy Dalton. Mówi niskim, lekko schrypniętym głosem, czasem brakuje mu manier, ale w smokingu wygląda rewelacyjnie i widać, że twórcy przyszłych filmów mają duże pole do oszlifowania diamentu w brylant. Daję więc najnowszemu Bondowi dużą czwórkę z plusem i mam nadzieję, że w następnej odsłonie zobaczymy agenta Jej Królewskiej Mości w pełnej krasie, gdy będzie umiejętnie korzystał z zabawek zrobionych przez Q i łamał kobiece serca. A ja tylko westchnę sobie „oh, James...”

poniedziałek, 16 kwietnia 2007, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2007/04/17 20:12:51
a ja bym wolala Clive'a Owen'a widziec na miejscu Craig'a! to ja bym sobie powzdychala... ale ponoc nie mozna miec wszystkiego. a tego Bonda jeszcze nie widzialam. ale nadrobie zaleglosci.kiedys ;O)
-
2007/04/17 21:11:53
Ja chyba ten film sobie wypozycze, bo ogladanie w samolocie to zadna przyjemnosc, wiec jak bede miala, to wpadaj.
-
hjuston
2007/08/18 04:35:54
wczoraj wrocilam z pracy dosc pozno. zaproponowalam mezowi napoj alkoholowy i powtorne obejrzenie bonda. podobalo mi sie tak jak i za pierwszym razem.