O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
The Pursuit of Happyness

„The Pursuit of Happyness” („W pogoni za szczęściem”; w Polsce od 9 lutego). Reżyseria: Gabrielle Muccino. W rolach głównych: Will Smith, Jaden Smith, Thandie Newton.

Tytuł filmu zawiera świadomy błąd. “Powinno być „happiness”, a jest „happyness”. Literówka znajduje się w nazwie przedszkola, do którego codziennie Chris Gardner odprowadza swojego syna. Prowadzone przez Azjatkę przedszkole nie zapewnia Chrisowi juniorow należytej opieki, ale tylko na takie stać jego rodziców.

„The Pursuit of Happyness” jest filmem nie tylko o pogoni za szczęściem. Dla mnie jest to film o chrakterze. O charakterze, jaki trzeba mieć, aby podnieść się z bagna, w które wpadł główny bohater. Chris Gardner, sprzedawca przenośny aparatów podobnych do rentgenowskich, które jak sam twierdzi są tylko ciut lepsze od normalnych, a kosztują dwa razy tyle, dostaje od życia po tyłku raz za raz. Żona wyjeżdża do Nowego Jorku zostawiając go z pięcioletnim synem. Zalega z czynszem i w końcu zostaje wyrzucony na bruk. Za niezapłacone mandaty trafia do aresztu w przeddzień rozmowy kwalifikacyjnej, która może odmienić jego życie. Urząd skarbowy ściąga mu z konta ostatnie pieniądze i gdy wielka szansa stoi otworem, zostaje bez środków do życia, bez dachu nad głową i z pięciolatkiem.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele szczegółów z fabuły, bo choć zapewne większość widzów, którzy są filmem zainteresowani znają finał i wiedzą, że film oparty jest na prawdziwej historii Chrisa Gardnera, który od spania w publicznych toaletach doszedł do prawdziwego sukcesu. I nie myślę, że był to tylko szczęśliwy przypadek czy dar od losu. Ilu z nas nie mając grosza przy duszy i perspektywę spania pod mostem rozważałoby przyjęcie pracy, która nie płaci ani grosza (centa)? Jeśli film pokrywa się z tym, co zdarzyło się dwadzieścia lat temu, to Chris Gardner nie tylko okazał się cholernie mądrym człowiekiem, ale także człowiekiem niezywkle odważnym, który siedząc po pas w g...., wiedział, że okazja, jaka mu się nadarza może już się nigdy nie powtórzyć.

Chris powołuje się na słowa amerykańskiej Deklaracji Niepodległości, które mówią o niezbywalnych i trwałych prawach każdego człowieka do życia, wolności i dążenia do szczęścia („life, liberty and the pursuit of happiness”).  Niezależnie od tego, czy jest to „happyness”, czy „happiness”, każdy ma prawo być szczęśliwy i dążyć do tego. Droga do szczęścia Chrisa Gardnera prowadziła przez piekło braku stabilizacji materialnej, trudne decyzje, głód i nieprzespane noce. Poruszyła mnie jego histora, bo została opowiedziana bez patosu „od pucybuta do milionera” i etosu „american dream”, choć twórcy mieli wszelkie podstawy, aby zrobić z tego łzawą historię ojca desperacko walczącego o przeżycie. To jest historia ojca walczącego o przetrwanie, są i łzy, ale na szczęście jest też dążenie do tegoż szczęścia, którego nikt i nic nie może nam odebrać.

Chrisa Gardnera przekonywująco zagrał Will Smith i niewątpliwie ta rola będzie, opócz „Alego” , jaśniejszym punktem w jego rozrywkowym dotąd repertuarze. Nie jest to najlepsza męska rola sezonu, jak próbują mi wmówić w zapowiedziach filmu w telewizji, ale porządna aktorska robota.

PS. Wprawdzie “Blood Diamond” nie widziałam, ale po obejrzeniu „The Departed” i “The Pursuit of Happyness”, DiKarpio zdecydowanie prowadzi z Willem Smithem, co było do przewidzenia i tym samym wątek ten uważam za skończony, no chyba że ktoś chce coś dodać w tej materii, to zapraszam.

poniedziałek, 08 stycznia 2007, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2007/01/10 00:59:53
"Blood Diamond" umacnia DiCaprio na prowadzeniu w wyścigu ze Smithem.
-
2007/01/10 05:02:17
A widziales juz?
-
2007/01/10 10:06:00
Inaczej nie mógłbym wygłosić powyższej opinii :) Tak, widziałem.
-
2007/01/10 10:06:00
Inaczej nie mógłbym wygłosić powyższej opinii :) Tak, widziałem.
-
2007/01/10 17:07:13
To ja czekam na recenzje, jak juz skonczysz pisac o teksanskich masakrach, kanibalach i paniszerach.
-
quentiin
2007/01/10 18:23:38
Kiedy masakry i paniszery lepsze :) Kanibale niekoniecznie :)