O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
Letters from Iwo Jima

„Letters from Iwo Jima” („Listy z Iwo Jimy”; w polskich kinach od 9 marca). Reżyseria: Clint Eastwood. W rolach głównych: Ken Watanabe i Kazunari Ninomiya.

Ci, którzy nie widzieli “Flags of Our fathers” mogą spokojnie usiąść w kinowym fotelu, obejrzeć „Listy z Iwo Jimy” i z pewnością nie zgubią żadnego wątku, bo filmy choć powiązane miejscem akcji, mają inną treść i innych bohaterów. Jednak bardzo podobało mi się nawiązanie do pierwszego filmu na samym początku „Listów”. „Flagi” zakończyły się widokiem iwojimskiej plaży, a „Listy” w tym momencie zaczęły. Nie był to jedynie przypadek, czy estetyczna sztuczka zabierająca widzów z jednego filmu do drugiego. Motyw początku i końca jest silnie zaznaczony w obu filmach. O ile „Flagi” koncentrowały się na tym, co zdarzyło się po bitwie o Iwo Jimę, to najnowszy film zaczyna się tego, co było przed bitwą.

Drugi film z wojennego dyptyku Clinta Eastwooda jest spojrzeniem na bitwę o Iwo Jimę z perspektywy broniących jej Japończyków. Dowództwo japońskie od niemal początku wiedziało, że nie dostaną żadnego wsparcia z Japonii – flota, która mogła przeszkodzić wrogowi w zdobyciu wyspy, została zatopiona przez Amerykanów. Kopiąc doły na plaży wielu zwykłych, szeregowych żołnierzy poniekąd kopało sobie własny grób. Film koncentruje się na dwóch postaciach: szeregowego żołnierza Saigo oraz dowodzącego siłami japońskimi generała Kuribayashi (rewelacyjny Ken Watanabe – Akademio Filmowa, cóżeś uczyniła nie nominując go do Oskara!). Choć dalecy od siebie szarżą wojskową, ich losy splotą się nieraz w trakcie walki.

Jest to film brutalny i miejscami trudny do oglądania, ale czyż taka właśnie nie jest wojna – poszarpana ciałami żołnierzy, wykrwawiona i samotna? We „Flagach” oglądaliśmy desant amerykańskich żołnierzy na plaże Iwo Jimy, gdy biegli po czarnym piachu wyspy prosto pod ogień japońskich karabinów. W „Listach” widzimy ten sam strach w oczach Japończyków, gdy w przerażającej scenie wiedząc, że nie uda im się utrzymać wyspy, rozrywają się granatami, aby nie dostać się w ręce wroga. Zgodnie z kodeksem honorowym japońskiego żołnierza, walczy on do śmierci za ojczyznę i cesarza i jeśli nie zginie w walce, musi odebrać sobie życie.

Wojna jest bezsensownym zabijaniem. Nie ma w niej lepszych i gorszych, bo zarówno jedni, jak i drudzy dopuszczają się okrucieństw, co reżyser sumiennie pokazał w obu filmach. Co łączy ludzi przypadkowo zetkniętych ze sobą jest strach, ale i nadzieja na przetrwanie. Gdy jeden z japońskich oddziałów łapie amerykańskiego żołnierza, dowódca, mistrz olimpijski w skokach przez przeszkody oraz przyjaciel gwiazd Hollywoodu, każe opatrzeć jeńca i dać mu wody. Chłopak umiera od rany postrzałowej, a dowódca znajduje przy nim list od jego matki. Czyta go na głos swoim żołnierzom. Nie ma znaczenia, że napisała go amerykańska kobieta, istotne jest to, że jej słowa brzmią jakby napisała je każda matka do swojego syna. Listy z Iwo Jimy, czy pisane amerykańską czy japońską ręką, ślą to samo przesłanie o pragnieniu powrotu.

Podobnie, jak w przypadku „Flags of Our Fathers” polecam „Listy z Iwo Jimy” mimo dziejącego się na ekranie okrucieństwa, gdyż jest coś pięknego w sposobie, w jaki Eastwood opowiedział o 22,000 Japończyków walczących przeciwko Amerykanom.  Przeżyło ich tylko nieco ponad tysiąc.

poniedziałek, 29 stycznia 2007, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2007/01/29 22:20:27
Ja na razie widziałem tylko "Flags..." i muszę przyznać, że nie podobało mi się.
-
2007/01/29 23:07:40
Dlaczego?
-
2007/01/29 23:53:18
Wynudziłem się. Miało być o wojnie, a było o największej kampanii reklamowej w dziejach Ameryki :)
-
2007/01/30 00:08:14
I see. Jesli ogladales z nastawieniem na film wojenny, to rzeczywiscie wojna byla tu drugoplanowa. Za to w "Listach z Iwo Jimy" jest tylko i wylacznie wojna, wiec jesli takich wrazen Ci zbraklo we "Flagach", to mysle, ze "Listy" Cie nie rozczaruja.
-
2007/02/11 03:06:59
wlasnie obejrzalam i niestety, nie podobal mi sie. to znaczy, podobalby mi sie gdyby to byl pierwszy film wojenny jaki widzialam ale takich filmow bylo juz setki jesli nie tysiace. nie znalazlam w tym filmie nic odkrywczego, czegos co pojawiloby sie po raz pierwszy. to prawda, ze kazda wojna jest bezsensowna, okrutna i straszna i byc moze wojenne filmy niosa jakies przeslanie, ale ja mam juz dosc. kino powinno miec misje, ale przede wszystkich ma byc sztuka. a w sztuce najwieksza zbrodnia jest nasladownictwo.
ale to moim zdaniem.
-
2007/02/12 17:55:32
Na punkcie Clinta mam jak wiadomo lekkiego fiola, wiec nie zrazam sie negatywnymi opiniami ;), ale przyznam, ze oba filmy nie sa najlepszymi w jego dorobku ani moimi ulubionymi.
-
hjuston
2008/03/16 15:50:09
a ja obejrzalam wczoraj flags of our fathers i przyznam, ze te dwa filmy tworza swietna calosc. flags of our fathers chyba podobalo mi sie bardziej.