O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
The Lake House

„The Lake House” („Dom nad jeziorem”). Reżyseria Alejandro Agresti. W rolach głównych: Keanu Reeves, Sandra Bullock, Christopher Plummer.

Męża bym nie zabrała do kina na ten film i polecałabym oglądanie raczej w babskim gronie. Myślę, że panowie mieliby trudności z przełknięciem Keanu Reevsa w wydaniu romantycznym i w jeansach zamiast czarnego matrixowego płaszcza. Przyznam, że i ja sama raczej wolałabym poczekać na dvd niż iść do kina. Ale przypadkowo obejrzałam „Dom nad jeziorem” w samolocie, wraz z paczką chusteczek higienicznych (do wycierania nosa, a nie łez). Jak znalazł na zabicie czasu w podróży nadoceanicznej i kataru.

Mamy więc Keanu w roli sfrustrowanego architekta Alexa, głównie relacją z ojcem, słynnym chicagowskim architektem oraz Sandrę Bullock w roli Kate, pani doktor w jednym ze szpitali w Windy City. Łączy ich to, że oboje mieszkali w tytułowym domu nad jeziorem, notabene wybudowanym przez ojca Alexa. Kate wyprowadzając się z domu, pozostawia list do przyszłego właściciela, którym okazuje się być Alex. Ten odpisuje i zostawia list w skrzynce na listy. Od słowa do słowa, korespondencja nabiera tempa i zaczyna być coraz bardziej zagmatwana, głównie dlatego, że okazuje się, że Alex mieszka w 2004 r., a Kate w 2006. Nie, nie, żadne wehikuły do przenoszenia w czasie nie mają tu miejsca, a Keanu Reeves nie okaże się znowu wybrańcem świata przybyłym z przyszłości lub przeszłości. Ot, sprytny zabieg scenarzysty, który postanowił urozmaicić akcję przez umieszczenie bohaterów w różnych latach. Nawet zgrabnie to wyszło i powoli ułożyło w logiczną całość.

Jest to ładny film. Takie mi słowo najlepiej pasuje. Aktorzy są ładni, choc ciut starsi (pamiętacie „Speed”?), Chicago też się nieźle prezentuje. Kluczowe sceny rozgrywają się ponownie na Daley Plaza przed City Hall (patrz „The Blues Brothers”). Choć z logicznego punktu widzenia to co się zdarzyło, nie miało prawa się wydarzyć, no bo jak można pisać do kogoś kto żyje dwa lata później niż my, to zupełnie mi to nie przeszkadzało, a myślę, że było najmocniejszą stroną filmu. Kino może nie najwyższych lotów, ale dobrze zagrane i zgrabnie wyreżyserowane, dobre na zimowy wieczór.

czwartek, 07 grudnia 2006, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2006/12/08 01:28:02
I znów warto by było wspomnieć, że to remake koreańskiego "Il Mare". Dużo lepszego zresztą.
-
2006/12/08 22:44:41
jak wszystko z korei :-), zwlaszcza polnocnej.
-
2006/12/09 01:30:24
Hehe. Pod koniec lat 70 Kim Jong-il, wielki fan twórczości południowokoreańskiego rezysera Sang-ok Shina postanowił go... uprowadzić, żeby ten kręcił filmy w Korei Północnej. W ten sposób powstało wiekopomne dzieło z gatunku monster movie pt. "Pulgasari", które przez dziesięć lat nie ujrzało światła dziennego poza Koreą Północną. Sang-ok Shin w końcu zwiał i ostatecznie otrzymał azyl w Stanach Zjednoczonych, ale musiała się chłopina nieźle zdziwić jak mu północnokoreańcy kolbami w drzwi zastukali :)

Ot taka anegdotka nie do końca na temat ;)
-
2006/12/10 22:54:42
Akurat mam ten film w domu :) Faktycznie sympatyczny, niby historia dwojga ludzi czyli powinien byc to nudny romans, a jednak nie....Moze wlasnie dlatego ze para nie moze sie spotkac .