O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
American Dreamz

„American Dreamz”. Reżyseria Paul Weitz. W rolach głównych” Hugh Grant, Dennis Quaid, Mandy Moore, Willem Dafoe.

Parę lat temu chciałam dostać się do telewizji publicznej na praktykę. Poszliśmy sporą grupą na eliminacje, bo większość studentów z roku zapragnęłą zostać gwiazdami szklanego ekranu. Zasiadłam przed kamerą, światło waliło mi po oczach i powiedziałam parę zdań o sobie i dlaczego chciałabym pracować w telewizji. Po zakończeniu mojego występu pan redaktor powiedział mi, że mam energię rozsadzającą ekran, co uznałam za duży komplement, po czym dowiedziałam się, że nie zostałam przyjęta. Do tej pory nie wiem, co miał na myśli. Sugestie (miłe!) mile widziane. Mój dream się nie spełnił, choć wcale nie żałuję, bo podobno praktyka była beznadziejna i ludzie z niej uciekali po miesiącu.

Wielką sprawczą moc ma telewizja w obecnych czasach i większość z nas jej ulega. Podobnie jest z reklamą – wszyscy oglądają i kupują, bo widzieli, a pytani o to, czy dokonują zakupów pod wpływem reklamy, połowa powie, że absolutnie się tym nie sugeruje. Pojawienie się w telewizji, bycie sławnym i rozpoznawalnym  jest w dzisiejszych czasach nieodzownym elementem „american dream”. Nieważne, że będziesz sławny tylko dlatego, że jesteś sławny, ważne, że zaistniejsz w świadomości milionów ludzi. Przypomina mi się artykuł z „Polityki” o obecności ekranów w naszym życiu. To już nie tylko telewizor, komputer, czy telefon. To także ekrany w sklepach, na ulicach, w taksówkach bombardujące nas informacjami. Multimedialny świat otacza nas wokoło, a dla niektórych z nas bycie jego cześcią jest celem w samym sobie, bez względu na środki ku temu prowadzące.

„American Dreamz” („z” na końcu) jest aspirującą do inteligentnej komedią o współczesnej telewizji i jej wpływie na zwykłych obywateli oraz tych z samej góry. Tytułowy „American Dreamz” to program telewizyjny łudząco podobno do „Idola”. Program bije rekordy popularności, a jego prowadzący i producent cyniczny Martin Tweed (Hugh Grant), choć znudzony i zmęczony kolejnymi sezonami szykuje się do kolejnego.

Na drugim równoległym planie mamy świeżo wybranego prezydenta USA (Dennis Quaid), który zachowaniem, ignorancją i niewiedzą o świecie kojarzy się z Bushem. Po wygranych wyborach prezydent przeżywa coś w rodzaju załamania nerwowego połączonego z nagłą potrzebą nadrobienia wiedzy o świecie, nieudzielania wywiadów i niepojawiania się publicznie przez długie tygodnie. W końcu, gdy sondaże popularności lecą w dół, prezydent wraz z Chief of Staff, przypominającym Dicka Chenneya (Willem Dafoe w kolejnej poschizowanej roli, ale to w końcu nic nowego)  wpada na pomysł sędziowania w finałowym odcinku „American Dreamz”.

Na trzecim równoległym planie mamy uczestników programu: siksę z Ohio, która wygrała wszystkie lokalne konkursy karoake oraz Araba, który wyrzucony z obozu terrorystycznego w Afganistanie za słuchanie starych broadwayowskich szlagierów, trafia do swojej nadzianej rodziny w Kalifornii. Zamiast kuzyna marzącego o występie w „American Dreamz”, to Omer trafia do programu, a bracia z Afganistanu knują plan zabicia prezydenta w finale programu.

Tyle fabuła. Twórcom troche zabrakło siły rażenia i satyry na cały film po tym jak cała energia poszła w końcówke. Daję im rozgrzeszenie i ze względu na własne przeżycia telewizyjne umieszczam w „Dobrych”.

piątek, 15 grudnia 2006, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
hjuston
2006/12/18 02:40:45
aspirującą do inteligentnej komedia- to jest bardzo trafne.
moim zdaniem film mozna obejrzec jak juz naprawde nic innego nie mozna znalezc do obejrzenia. my tak wlasnie zrobilismy. po obejrzeniu oboje z mezem stwierdzilismy: niezla szmira. (aczkolwiek kuzn araba terrorysty byl dosc zabawny).