O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
Flags of Our Fathers

“Flags of Our Fathers”. Reżyseria Clint Eastwood. W rolach głównych: Ryan Phillippe, Jesse Bradford, Adam Beach

Chyba muszę zrobić  oddzielną kategorię na Clinta Eastwooda, bo wychodzi, że coś sporo o nim piszę, a mam w kolejce do obejrzenia, a raczej przypomnienia sobie parę jego starszych filmów. W każdym bądź razie, obejrzałam w piątek jego najnowszy film „Flag of Our Fathers”.  Na początku zacznę od końca. Proszę szanownych widzów o pozostanie w fotelach do końca seansu i obejrzenie archiwalnych zdjęć z Iwo Jimy, które towarzyszą napisom końcowym. I nawet, jak się napisy skończą, to proszę posiedzieć w fotelu 3 sekundy dłużej, bo to jeszcze nie koniec. Warto poczekać, bo ta końcowa sekwencja spina cały film. Majstersztyk.

Sześciu młodych żołnierzy w końcowych miesiącach II wojny światowej zatyka amerykańską flagę na wzgórzu Iwo Jimy, wyspy należącej do Japończyków, którzy bronią jej z właściwym sobie oddaniem, zacięciem i honorem. Zatknięcie flagi uwiecznia fotograf Joe Rosenthal, a zdjęcie obiega całe Stany Zjednoczone, czyniąc z chłopaków bohaterów. Trzech wkrótce ginie, a pozostała trójka zostaje odesłana do Juesej, gdzie na zlecenie rządu i wojska jeżdżą od miasta do miasta uczestnicząc w wiecach i przekonując rozentuzjazmowany tłum do kupowania obligacji.

Bohaterowie z przypadku zostali bezlitośnie wykorzystani przez machinę propagandową. Oni sami jednak nie mieli żadnego przekonania o swoim bohaterstwie. Na ich miejscu mógłby być każdy inny młody chłopak z Teksasu czy Nebraski, zwłaszcza że na zdjęciu nie widać ich twarzy. Są tym, czym ich stworzono, tym, co akurat było potrzebne, aby ratować podupadającą gospodarkę. Gdy wojsko już ich nie potrzebuje, nie mogą odnaleźć się w rzeczywistości, pozostawieni z traumą wojenną, milczący przez lata, wyrywani ze snu wspomnieniami z wojny.

Świat potrzebuje bohaterów, dlatego ich sobie kreuje. Ale nie ci z pierwszych stron gazet są nimi naprawdę. Prawdziwi bohaterami są ci, którzy nigdy nie wrócili do domów ginąc nierzadko w przerażający sposób. Eastwood pokazuje śmierć bardzo dosłownie. Lądowanie na plażach Iwo Jimy jest realistycznym obrazem koszmaru, jaki musieli przeżywać żołnierze stawiający czoło ukrytym Japończykom. Widać poszarpane ciała, oderwane kończyny, rany tak przerażające, że trudno patrzeć.

„Flags of Our Fathers” niesie niewątpliwie najcięższy ładunek emocjonalny z dotychczasowych dokonań Clinta. Jest też jednym z najlepiej sfilmowanych, a robota operatorska, paleta kolorów i montaż są po prostu wyśmienite. Sami zobaczcie. Nie namawiam jednak, bo film jest ciężki do strawienia, ale jak ktoś życzy sobie obejrzeć kawałek zrobiony przez artystę, a nie rzemieślnika z Hollywood, to bardzo polecam.

poniedziałek, 06 listopada 2006, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: