O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
The Blues Brothers

„The Blues Brothers”. Reżyseria John Landis. W rolach głównych: Dan Aykroyd i John Belushi.

Mieszkać w Chicago (albo w Stanach w ogóle) i nie znać tego filmu, to jak mieszkać w Polsce i nie wiedzieć co to „Miś”. Co ja tu mogę mądrego i odkrywczego napisać o filmie, o którym chyba napisano już wszystko? Rewelacyjne kreacje Dana Aykroyda i Johna Belushi oraz plejada muzycznych sław z Jamesem Brownem, Arethą Franklin i Rayem Charlesem na czele są znakiem rozpoznawczym filmu, a cytat „We're on a mission from God” obrósł legendą nie mniejszą niż sam film.

Przypomnę z grubsza o co biega. Bracia Blues wychodzą z pierdla i odwiedzają przytułek, w którym się wychowali. Okazuje się, ze „pingwiny” (tak bracia określają prowadzące sierociniec zakonnice) są w tarapatach finansowych i muszą zapłacić pięć kawałków podatków. Bracia na takie dictum postanawiają więc reaktywować swój dawny zespół rock’n’rollowy i z „misją od Boga” ruszyć w trasę, aby zarobić te pięć tysiaków. No, a potem następuje ciąg niezapomnianych zdarzeń, z których wspomnę tylko kilka, bo inaczej musiałbym założyć nowego bloga poświęconego wyczynom braci Blues: ucieczka przed policją po centrum handlowym, była narzeczona Jake’a (Belushi) ścigająca go bądź z bazooką na ramieniu bądź z karabinem maszynowym, wkurzeni naziści polujący na obu braci, finał trasy koncertowej pod obstawą policji i popis wokalno-taneczy Elwooda i Jake’a,  jedna z najlepszych sekwencji pościgów samochodowych w historii kina, gdy bracia gnają na złamanie karku do chicagowskiego City Hall, a za nimi dziki tłum policjantów oraz wielki finał w pierdlu.

Większość miejsc w Chicago, gdzie kręcono „Blues Brothers” czasy świetności ma już za sobą. Centrum handlowe, które zostało zdemolowane na potrzeby filmu zostało niedługo potem zamknięte. Restauracja, gdzie śpiewała Aretha Franklin też świeci pustkami. Na szczęście City Hall i wspaniała rzeźba projektu Picassa (na marginesie: oryginał do zobaczenia w Art Institute of Chicago) mają się dobrze. John Belushi zmarł prawdziwie aktorską śmiercią z przedawkowania narkotyków, a Dan Aykroyd nakręcił drugą cześć przygód braci, ale już bez większego powodzenia.

Jeden z moich ulubionych cytatów (rozpoczynający finałową szaleńczą jazdę do Chicago z setką glin na ogonie):

Elwood: It's 106 miles to Chicago, we've got a full tank of gas, half a pack of cigarettes, it's dark and we're wearing sunglasses.
Jake: Hit it.

Macie ulubioną scenę z “The Blues Brothers”?

wtorek, 28 listopada 2006, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2006/11/29 05:18:43
No to teraz uwaga!
Ja nie widzialem tego filmu! :(((
Wiem , wstyd....nadrobie w tym tygodniu.
-
2006/11/29 16:33:35
O rany, naprawde? To mnie zaskoczyles. Daj znac, jak obejrzysz. Mysle, ze spodoba Ci sie na marxxa.
-
2006/11/29 23:43:49
A mnie z kolei nigdy się nie podobał i nie podoba do dzisiaj :)
-
2006/11/30 00:18:57
dzien niespodzianek dzis czy co? jeden nie widzial, drugi nie lubi. te chlopy...
-
jgn
2007/01/16 21:35:40
każda scena jest ulubiona :)
-
Gość: Jake Animal Blues, *.internetdsl.tpnet.pl
2013/11/28 00:03:29
Jako muzyk traktuje cały film jak zjawisko kultowe. ( Zresztą Blues Brothers 2000 także (choć już bez Johna Belushi'ego ) - Ulubiona scena?
Jak wpadają do baru Country&Western i występują pod nazwą Blues Brothers Boys Band :) i na pierwsze takty piosenki Gimme Some Lovin' zaczynają lecieć w ich stronę butelki po piwie :) Brakowała tylko tabliczki - "Nie strzelać do pianisty"