O filmach zza oceanu
Blog > Komentarze do wpisu
Wszystko gra

“Match Point”. Reżyseria Woody Allen. W rolach głównych: Jonathan Rhys Meyers, Scarlett Johansson, Matthew Goode.

Nie wszystkie filmy Woodego są zjadliwe. Ten z pewnością jest. Może dlatego, że jest taki nieallenowski. Tak, tak, wszyscy, którzy widzieli tak gadają, ale to prawda, bo jednak trup nie ściele się gęsto w poprzednich produkcjach. A tu i owszem. Do tego rzecz dzieje się w Londynie, a nie na ukochanym Manhattanie. No i nie ma Woodego na liście aktorów, co osobiście uważam za plus, bo lepszy z niego reżyser niż aktor. Jako aktor jest dla mnie wiarygodny jako paranoidalno-schizofreniczno-neurotyczny nowojorczyk, ale już pogromcy serc niewieścich w nim nie widzę i nie kupuję tego całego kitu o seksownym umyśle.

„Match Point” jest niczym dobrze napisany kryminał, którego bohaterów poznaje się niespiesznie, ale i nie w proustowskim ślamazarnym stylu. Chris pracuje jako instruktor tenisowy w elitarnym klubie i nawiązuje znajomość z jednym ze swoich podopiecznych Tomem, który okazuje się być synem rekina finansjery. Chłopak szybko wsiąka w środowisko, niewątpliwie dzięki przychylności siostry Toma Chloe. Ślub z Chloe, praca u teścia i romans z dziewczyna Toma, amerykańską aktoreczką Nolą – wszystko to prowadzi do tragedii w finale.

Gdyby ktoś u polskiego dystrybutora tego filmu wysilił zwoje mózgowe i lepiej przetłumaczył  oryginalny tytuł, oddałby polskim kinomanom dużą przysługę. Albo oglądał więcej tenisa i wiedział, co to net. Kiedy piłka tenisowa uderza o siatkę, nigdy tak naprawdę nie wiadomo, na którą spadnie stronę. Rządzi tym przypadek i tylko od tego zależy, czy match point będzie twój. Nieźle to sobie Woody wykombinował, bo choć mecz wygrany, to czy aby na pewno mamy na korcie zwycięzcę?

środa, 04 października 2006, aniabuzuk
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2007/01/18 22:26:02
O Allenie mógłbym tyle pisanie, że pewnie w połownie skasowałabyś posta. Zdecydowną większość jego filmów widziałem i trudno mi znależć naprawdę zły film. Nie za bardzo lubie komedie, a jeśli już to albo coś w stylu Allena albo w klimatach Monty Pythona. Bardzo trudno też przypomnieć mi jest jakiś film, przy którym szczególnie się uśmiałem. Moze "Wszystko co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać"? Ostatnio w TV widziałem jeden z pierwszych filmów Allena "Bananowy czubek" (Bananas). Allen jako wódz rewolucji w stylu Che Guevary, no to już był odjazd totalny.
Pozdrawiam
-
2007/01/18 23:29:58
uwielbiam "strzaly na broadwayu" i "drobne cwaniaczki". a jedyne posty, jakie kasuje to te ze spamem, przynajmniej na razie ;-)